„Klątwa” – opowiadanie

Napisała: Deneve - 18:00

Tytułowa Klątwa to krótki tekst. Powstał w celu udziału w coperniconowym konkursie o pióro Metatrona (w którym wzięłam udział pod pseudonimem – z różnych powodów). Dziś wspominam to z sentymentem, bo chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się tak, żeby napisać coś „pod wytyczne” i żebym była z tego zadowolona. :) (co więcej, żeby zgarnęło to jakieś nagrody!)
To tak z okazji dzisiejszego Halloween!

Źródło: Pixabay

Klątwa

— Pani złociutka, podejdź, klątwę rzucę. Na niewiernego małżonka może, na sąsiadkę wredną…
— Idź precz, starucho przebrzydła. — Młoda kobieta okryła twarz apaszką, jakby chciała osłonić się przed smrodem.
Jaga złorzeczyła kilka chwil, poprawiła wyświechtaną tiarę i babciny fartuch. Westchnęła też dla uspokojenia i splunęła gęstą śliną. Wyszczerzyła się w szczerbatym uśmiechu do eleganckiego jegomościa, ale nie zdążyła się odezwać, a powiedział z odrazą:
— Masz, babo, i spieprzaj.
Rzucił w nią garścią miedziaków jak w jakiegoś żebraka.
Już chciała wycedzić kilka słów klątwy, ale ostatecznie się powstrzymała. Ostatnim razem ktoś nasłał na nią Państwową Inspekcję Czaroklectwa, dzielnicowego Janusza, skarbówkę, bo nie miała kasy fiskalnej, przedstawicieli ZAiKS, bo podobno bez opłaty tantiem nie wolno nucić klątw w miejscach publicznych i sanepid, bo do mikstur wrzucała ogonki szczurów, języki żab i muchy. Mówili, że to grozi chorobami, pasożytami… Na fekalia wszystkich dzików w okolicy! A o co innego chodziło w klątwach i miksturach, jeśli nie o wywołanie gorączki i sraczki?
— Jaga, a pozwolenie to jest? — Usłyszała tuż przy uchu.
Krew w niej zawrzała. Doskonale znała ten głos. Rozdygotała się na całym ciele, policzyła wszystkie muchy w mieszku, ot tak, dla ochłonięcia, raz jeszcze odetchnęła głębiej i odwróciła się z przymilnym uśmieszkiem.
— Jakie pozwolonko, złociutki ty mój? — zaszczebiotała słodziutko do, a jakże, dzielnicowego Janusza. — Ja nie sprawiam problemów, nie rzucam klątw, jeśli nie chcą, kochanieńki. Biznes słabo się kręci, oj słabo…
— Twój biznes, Jaga, to mnie akurat mało obchodzi. Nowe przepisy weszły, trzeba mieć pozwolenie na handel klątwami, certyfikaty odpowiednie — oznajmił rzeczowo, szykując się do wypisania mandatu, zadowolony z siebie jak nigdy.
— A skąd ja to mam niby wiedzieć, co? — odwarknęła wściekle, zapluwając się przy tym śliną. — Ciągle tylko jakieś przepisy, ustawy, pozwolenia! Ile można!
— Nie wiem, Jaga. Internetu nie masz? Telewizora? Teraz to wszyscy mają, z internetów kupują — mruknął, kręcąc pobłażliwie głową. — Może tam se sprzedawaj te swoje „czary mary”. Mandacik będzie, stówka do zapłaty.
— Janusz, ty pało niebieska! — ryknęła wiedźma, nadąwszy obwisłe poliki. — Z czego ja ci, szumowino, zapłacę! W kupę łajna cię zamienię, knurze parchaty!

Ten dzień nie skończył się dla Jagi zbyt dobrze. Nie dość, że dostała mandat za brak pozwolenia na sprzedaż klątw w miejscu publicznym, to jeszcze kolejny blankiecik za obrażanie funkcjonariusza w czasie służby i wezwanie do sądu za próbę pobicia oraz rzucenia klątwy na urzędnika państwowego. Do tego musiała oddać fartuch do prania, bo w drodze powrotnej do jej lepianki, jakiś samochód wjechał w kałużę, oblewając ją wodą. Była niemal pewna, że to radiowóz. Psia jucha. I z czego ona to zapłaci, co? Może… może mogła jednak wyciągnąć z tego jakąś lekcję.
Telewizora nie miała, ale ludzie robili te, no, kufaje internatowe, czy jakoś tak. Przeznaczyła na to wszystkie drobniaki, co to je miała w kieszeni. Za sześć złotych miała całe dwie godziny na, jak to powiedział właściciel, buszowanie w internacie. Ciekawe. Za jej czasów internaty wyglądały zgoła inaczej.
Miała trochę problemów z okiełznaniem maszyny, ale jakaś ruda cizia trochę jej potłumaczyła. Powoli, jednym palcem Jaga mogła wpisywać w przeglądarkę interesujące ją zagadnienia. Przejrzała kilka stron, aż natrafiła na soczyste wylewanie łajna w komentarzach, gdzie znalazła link do forum „Nowoczesne Wiedźmy — jak nie urok to sraczka”.
Zachęcona nazwą, zalogowała się na stronie. Nie czytała regulaminu, bo nie widziała takiej potrzeby. Była ponad wszelkie zasady. Dość obostrzeń nałożyli na nią na ryneczku i w mieście ogólnie. Przeglądała kolejne tematy, pokrzepiona nieco tym, że inne czarownice, wiedźmy czy Baby Jagi miały podobne problemy do niej. Łączyła się z nimi w tej cichej solidarności, potakując czasem głową i mrucząc z aprobatą. W dzisiejszych czasach ludzi nie interesowały już typowe mikstury czy klątwy. Wszyscy chcieli tego samego: bogactwa i miłości. I tak jak z magicznymi tabletkami na chudnięcie bez efektu jojo, tak na szmal oraz uczucie nie istniały żadne magiczne specyfiki. Inaczej ludzie byliby nie dość, że szczupli, to jeszcze bogaci i szczęśliwie zakochani.
Im dalej, tym działo się gorzej. Przewijała kolejne tematy: „Mój stary to fanatyk czarnoksięstwa”, „ropóhy powodujom ałtyzm”, „Opary z kociołków robią chemtrails!!!111!”, „Zielona kópka czy ktoś oklątwił mi Brajana????” — przy tym ostatnim była zdegustowana liczbą zamieszczonych fotografii oraz opisem konsystencji niemowlęcych fekaliów i ich smaku.
Świat stanął na głowie. Kiedyś do takich obrzydlistw ludzi zmuszało się najokrutniejszymi czarami, a teraz robili to z własnej woli? Szok i niedowierzanie. Na szczęście znalazła się jedna osoba, która zapytała, czy matka ma jeszcze rozum i godność człowieka. Jaga, zalogowana na swym koncie, „Jagusieńka_PL”, przyznała temu komentarzowi serduszko.
Kliknęła też w migający baner z napisem „Urzędnicy jej nienawidzą! Odkryła prosty sposób na ominięcie przepisów dotyczących handlu miksturami [ZOBACZ JAK]”, ale okazało się, że trzeba za tę wiedzę zapłacić, a nie dość, że nie miała pieniędzy, to płatności internetowe były jej obce.
Z internetowego forum dowiedziała się jednak, że na portalu aukcyjnym, żeby handlować, nie trzeba mieć pozwolenia, a certyfikat mógł wydrukować każdy głupi z interenatu. A Jaga głupia nie była, oj nie! Znalazła nawet krótki poradnik, który bardzo ją ucieszył — wiedziała już, że powinna wybrać chwytliwą nazwę. Najlepiej, żeby dobrze się kojarzyła i brzmiała odpowiednio mistycznie. Na przykład „wróżka Salomea” albo coś w podobnym guście. Była zdziwiona, ale na wspomnianym serwisie faktycznie znalazła nawet zaklęte przedmioty, oferty wróżenia z kart tarota, całe hurtownie mikstur oraz różnego rodzaju klątwy. Od zaklęcia na wysypkę czy sraczkę, przez zamianę w ropuchę, na łuszczycy i trądzie skończywszy.
Po powrocie na forum ponownie zagłębiła się w omawiane tam tematy. Tym razem poszerzyła swe umiejętności o korzystanie z „szukajki”, do której, w jednym z tematów, odsyłał moderator dyskusji. Dzięki temu mogła przeglądać posty, które ją interesowały, odsiewając tematy o odchudzających sokach z włosia bobra i dyskusjach na temat tego, czy to moralnie akceptowalne, żeby zabijać muchy na eliksiry i czy da się je zastąpić bardziej humanitarnymi składnikami, jak choćby rodzynki.
Rozumiała, w jak wielu z tych historii widziała siebie. Przeczytała ogrom świadectw biednych, gnębionych przez policję oraz urzędy kobiet, które, co dawało jej nadzieję, poradziły sobie z chorymi, wymierzonymi w nie przepisami. Szczególnie zainteresował ją jeden z postów, w którym wysnuto teorię, jakoby rząd opłacał swoje wiedźmy i czarnoksiężników, żeby zniszczyć drobne przedsiębiorstwa starych, schorowanych babuleniek. To naprawdę miało sens!
Więcej nie potrzebowała, była już przekonana, że rząd ukrywa przed nimi Jedyną Słuszną Prawdę. Jak dobrze, że znalazła to wspaniałe miejsce. Powinna przeprosić Janusza. Teraz wiedziała, że ktoś z obecnej partii rządzącej mógł rzucić na nią klątwę. Na szczęście doskonale znała sposoby, by z tym walczyć.

  • Udostępnij:

Może Ci się spodobać

0 komentarze