Gdzie ta Pantera? | Recenzja filmu „Czarna Pantera”

Napisała: Deneve - 15:34

Ⓒ Marvel Studios
Jak zwykle po czasie, mimo że recka była gotowa... no, dawno. Na Czarną Panterę jarałam się jak dzika kuna w gorejącym krzewie, choć wbrew obiegowej opinii nie jest to pierwszy film z ciemnoskórym superbohaterem. Jestem po prostu strasznym trashem na filmy Marvela. Niestety na premierę nie poszłam, bo sala była zawalona bardziej niż zbiorkom w godzinach szczytu, a zdrowie psychicznie cenię bardziej niż sprawne unikanie spoilerów.
Zaczyna się jak klasyczne origin story™ – historia jest odklepana szybciutko w postaci animacji. Ot, taka ekspozycja: „tatusiu, opowiedz mi historyjkę o swoim domu”, no i chcąc nie chcąc, jesteśmy zmuszeni tej historyjki posłuchać. Niestety, nie mamy czasu, więc wszystko będzie opowiedziane w pośpiechu. Prawdopodobnie po seansie uda się Wam zapomnieć, że coś takiego w ogóle miało miejsce. Ale do brzegu, migiem, trzeba lecieć z historią!
Jak dobrze wiemy (albo i nie, jeśli ktoś nie oglądał wcześniejszych „Marveli”, będzie to dla niego spoilerem!), król T’Chaka został zabity. Jego następca, książę T’Challa (Chadwick Boseman) przygotowuje się do koronacji, gdzie przedstawiciele wszystkich pięciu plemion, z których składa się Wakanda, mogą wyzwać pretendenta na rytualny pojedynek, walcząc tym samym o przejęcie tronu.
W filmie spróbowano połączyć tradycję i nowoczesność. Wyszło, moim zdaniem, tak sobie. Zaawansowana przecież technologicznie Wakanda jest wierna tradycji wybierania nowego króla poprzez pojedynek – nie od dziś wiadomo, że ten, kto ma najwięcej mięśni, może nie być wcale takim dobrym królem. Co zresztą potwierdza się niedługo później, ale o szczegółach walki o tron dowiecie się z filmu, nie ode mnie. ;)

Ⓒ Marvel Studios
W każdym razie, życie w Wakandzie toczy się dość spokojnie, dopóki T’Challa nie dowiaduje się, że osoba, która wykradła im wibranium i wysadziła w powietrze część kraju, planuje kolejny skok. Tym razem na wykonany z tego niecodziennego surowca artefakt umieszczony w muzeum. Mowa tu oczywiście o Ulyssesie Klaue (w tej roli Andy Serkis), którego poznaliśmy już wcześniej w Czasie Ultrona. Niestety, Ulysses wymyka się Czarnej Panterze z pomocą jegomościa noszącego na łańcuszku dziwnie znajomy pierścień.
O ile Klaue ma zadatki na fajnego villaina, który nie umrze już w pierwszym filmie i którego nie obchodzi zniszczenie świata, ot, jest po prostu świrem, o tyle to nie on jest głównym villainem (ale i tak miło na niego popatrzeć, tak dla odmiany). Ulysses współpracuje bowiem z Killmongerem (Michael B. Jordan) pomagającym mu wykraść wibranium. Kim jest Erik Killmonger? Skąd wiedział, że to faktycznie wibranium? Wszystko łączy się w ciekawy sposób. Ten jeden raz Marvel sklecił ciekawą intrygę, która naprawdę ma sens. Szkoda tylko, że postać Killmongera przerysowano – te bliznowate dziary, przypominające łuski, naprawdę nie były konieczne.
Czarna Pantera jest dość przewidywalna, ale i tak całkiem przyjemnie się ją ogląda. Wiecie, te klasyczne zagrania: bohaterowie wybierają się w jakąś podróż? No CIEKAWE, kogo tam spotkają! Postacie z Wakandy mówią trochę w swoim języku, trochę w angielskim z dziwnym akcentem, nawet między sobą. Wiem, że to dla widza – przecież głupio by było, gdyby pół filmu robionego w Ameryce przegadano w niezrozumiałym dla widza języku (nawet jeśli z napisami) – ale i tak momentami takie przeplatanki były niepotrzebne.
Co film robi dobrze, to właśnie villainów. Ciekawa jest również postać siostry T’Challi, Shuri (Letitia Wrigh). Uwielbia technologię i zdecydowanie nie przepada za tradycyjną stroną Wakandy. Na tym tle niknie niestety sam T’Challa, który jest zagrany poprawnie, to taki sympatyczny facet, ale jednocześnie aż zbyt miły, a przez to nudny. Znaczy, jasne, tacy faceci są fajni. Ale chyba nie do końca tego oczekujemy po filmie superbohaterskim.

Ⓒ Marvel Studios
Trudno określić, czy Czarna Pantera to takie typowe origin story – chyba nie do końca. A nawet jeśli, to jest to na tyle nieinwazyjnie wplecione w całość, że ogląda się to z umiarkowanym zainteresowaniem. Wstawek komediowych nie ma wiele albo po prostu były na tyle suche, że niespecjalnie mnie śmieszyły. Everett K. Ross (Martin Freeman) robi za delikatnie komediowe tło, ale raczej takie, do którego można się uśmiechnąć, nie zaś wybuchnąć gromkim śmiechem. W każdym razie, film ma swoje momenty. Miałki wypada też związek T’Challi i Nakii. Z większym zaangażowaniem obserwuje się już małżeńskie przepychanki (pozwólcie, że nazwę to tak z potrzeby uniknięcia spoilerowania) Okoye i W’Kabiego, choć same przyczyny ich konfliktu ogląda się z lekką pobłażliwością, a jego rozwiązanie z niedowierzaniem. A przecież to para bohaterów drugoplanowych.
Fajne jest natomiast to, że Czarna Pantera nie boi się przedstawiać kobiet jako wojowniczek czy w ogóle osób równych mężczyznom. Kobieta również może zostać pretendentką do tronu, a nawet nową Czarną Panterą, bo czemu nie. Jednocześnie nie koliduje to z głębokim patriotyzmem i oddaniu kraju. To znak, że w przemyśle filmowym dobrze się dzieje, nawet jeśli niektórym przez takie zagrania z trzaskiem pękają pewne części ciał.
W ostatecznym rozrachunku Czarna Pantera to film poprawny, miło ogląda się widoczki Wakandy, ale jednocześnie jest przeładowany długimi scenami akcji – w tym wprowadza się dwie różne, dziejące się w osobnych miejscach sceny walki i dziko się między nimi przeskakuje, a to trochę męczy – i przy tym nudny. Na plus zaliczyć można oczywiście wspomnianych villainów, ich plany i motywacje. Szkoda tylko, że na tle tego wszystkiego T’Challa nieco zanika. Jak widać, niestety, główny plakat do typowa szkoła „napchajmy jak najwięcej znanych twarzy”, a szkoda, bo widziałam lepsze.
Po filmie są dwie dodatkowe sceny, więc warto nie uciekać od razu z kina.

Tytuł: Czarna Pantera
Tytuł oryginalny: Black Panther
Reżyseria: Ryan Coogler
Scenariusz: Joe Robert Cole, Ryan Coogler
Czas trwania: 2 godz. 14 min.
Produkcja: USA
Główne role: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Lupita Nyong'o, Danai Gurira, Martin Freeman

  • Udostępnij:

Może Ci się spodobać

0 komentarze